Dawno mnie tu nie było.
Mam dobrą pracę, męża, dzieci, dom i ogródek. Mieszkam z teściami. Na ogół jest dobrze, ale dorosłość jest mocno przereklamowana. Kiedyś dręczył mnie nadmiar czasu, z którym nie miałam co zrobić. Czułam się wtedy bardzo samotna. Brakowało mi prawdziwych przyjaciół. Teraz po wielu latach dręczy mnie brak czasu na... w zasadzie cokolwiek. O każdą minutę walczę i muszę prosić o chwile samotności chociażby w toalecie. Nie tak to sobie wyobrażałam.
Dawniej znajomi przychodzili raz za razem po coś: radę, wysłuchanie itd. Teraz nie widuję ich prawie wcale. Już nie jestem tak dostępna, więc nie jestem im już taka potrzebna. Nie brakuje mi tego tak bardzo. Bardziej brakuje mi możliwości porozmawiania z kimś szczerze o tym, co mnie boli. Dorośli są wysublimowani, często fałszywi i myślą tylko o sobie. Trudno teraz komuś zaufać. Tak naprawdę moimi jedynymi przyjaciółmi jest mój mąż i moja mama. Ale im też nie mogę mówić o wszystkim. Nie chcę ich martwić. A często moje problemy są bardzo związane z ich bliskimi, więc nie potrafią nabrać zdrowego dystansu. Czuję się sama z tym wszystkim. Czasem mnie to dusi, kiedy nie mogę tego wypowiedzieć na głos. Zaczynam gorzknieć wewnętrznie.
Nawet tutaj boję się być całkowicie szczera.
Mam styczność z ludźmi, którzy mimo wieku i doświadczenia zachowują się jak dzieci. Mają wyobrażenia o swojej wielkości, wyjątkowości i ogromnym brzemieniu, które dźwigają z uwagi na swój wspaniały gust, smak, wrażliwość, mądrość i przekonanie o nieomylności w każdej kwestii. Śmieszy mnie to i szczerze im współczuję takiego wysokiego mniemania o sobie. Bo wcale nie są tacy wyjątkowi, za jakiś siebie mają. Mam nadzieję, że z biegiem lat sama się taka nie stanę. Bardzo bym tego nie chciała.
Męczy mnie brak zrozumienia wśród ludzi. Gdy ktoś nigdy nie pracował fizycznie, to nie zrozumie człowieka wyniszczonego przez pracę. Jeżeli całe życie piło się kawę i pracowało max 5 godzin dziennie w placówce, w której tylko wskazywało się paluszkiem, kto co ma zrobić, to perspektywa biedy, wiązania końca z końcem i odmawiania sobie podstawowych rzeczy nigdy nawet nie zawita w umyśle. Firanki muszą "powiększać okno", paznokietki muszą być zrobione, a ciuchy muszą być z wielkich miast, bo w małych miasteczkach nie ma dobrych ciuchów. Wszystko się we mnie gotuje, gdy słyszę takie rzeczy. Mam ochotę krzyczeć "puknij się w ten pusty łeb!", ale zamiast tego muszę milczeć i się uśmiechać, by nikogo nie obrazić. Kto nie zaznał prawdziwej biedy i prawdziwej pracy - nigdy nie zrozumie drugiego człowieka.
Gdy się całe życie żyło po kloszem, to nie ma się zrozumienia dla wiatru, mrozu i zrządzeń losu.
Nie lubię osobowości narcystycznych, nie lubię teorii spiskowych, nie znoszę przekonania o własnej nieomylności. Ale lubię ludzi. I staram się ich zrozumieć. I coraz częściej im współczuję, że zostali ukształtowani tak, a nie inaczej. Współczuję im ich ułomności, dzięki którym budują mury wewnętrzne, które sprawiają, że są szczęśliwsi. Skoro to działa, może to dobrze. Tylko, że to rani innych jednocześnie. A to już jest złe.
Na Sądzie Bożym się wszystko wyrówna. Teraz trzeba po prostu wytrzymać.