piątek, 3 listopada 2023

Dorosłam, mam dom z ogródkiem i rodzinę. Jestem czasem samotna.

 Dawno mnie tu nie było.

Mam dobrą pracę, męża, dzieci, dom i ogródek. Mieszkam z teściami. Na ogół jest dobrze, ale dorosłość jest mocno przereklamowana. Kiedyś dręczył mnie nadmiar czasu, z którym nie miałam co zrobić. Czułam się wtedy bardzo samotna. Brakowało mi prawdziwych przyjaciół. Teraz po wielu latach dręczy mnie brak czasu na... w zasadzie cokolwiek. O każdą minutę walczę i muszę prosić o chwile samotności chociażby w toalecie. Nie tak to sobie wyobrażałam.

Dawniej znajomi przychodzili raz za razem po coś: radę, wysłuchanie itd. Teraz nie widuję ich prawie wcale. Już nie jestem tak dostępna, więc nie jestem im już taka potrzebna. Nie brakuje mi tego tak bardzo. Bardziej brakuje mi możliwości porozmawiania z kimś szczerze o tym, co mnie boli. Dorośli są wysublimowani, często fałszywi i myślą tylko o sobie. Trudno teraz komuś zaufać. Tak naprawdę moimi jedynymi przyjaciółmi jest mój mąż i moja mama. Ale im też nie mogę mówić o wszystkim. Nie chcę ich martwić. A często moje problemy są bardzo związane z ich bliskimi, więc nie potrafią nabrać zdrowego dystansu. Czuję się sama z tym wszystkim. Czasem mnie to dusi, kiedy nie mogę tego wypowiedzieć na głos. Zaczynam gorzknieć wewnętrznie.

Nawet tutaj boję się być całkowicie szczera.

Mam styczność z ludźmi, którzy mimo wieku i doświadczenia zachowują się jak dzieci. Mają wyobrażenia o swojej wielkości, wyjątkowości i ogromnym brzemieniu, które dźwigają z uwagi na swój wspaniały gust, smak, wrażliwość, mądrość i przekonanie o nieomylności w każdej kwestii. Śmieszy mnie to i szczerze im współczuję takiego wysokiego mniemania o sobie. Bo wcale nie są tacy wyjątkowi, za jakiś siebie mają. Mam nadzieję, że z biegiem lat sama się taka nie stanę. Bardzo bym tego nie chciała. 

Męczy mnie brak zrozumienia wśród ludzi. Gdy ktoś nigdy nie pracował fizycznie, to nie zrozumie człowieka wyniszczonego przez pracę. Jeżeli całe życie piło się kawę i pracowało max 5 godzin dziennie w placówce, w której tylko wskazywało się paluszkiem, kto co ma zrobić, to perspektywa biedy, wiązania końca z końcem i odmawiania sobie podstawowych rzeczy nigdy nawet nie zawita w umyśle. Firanki muszą "powiększać okno", paznokietki muszą być zrobione, a ciuchy muszą być z wielkich miast, bo w małych miasteczkach nie ma dobrych ciuchów. Wszystko się we mnie gotuje, gdy słyszę takie rzeczy. Mam ochotę krzyczeć "puknij się w ten pusty łeb!", ale zamiast tego muszę milczeć i się uśmiechać, by nikogo nie obrazić. Kto nie zaznał prawdziwej biedy i prawdziwej pracy - nigdy nie zrozumie drugiego człowieka. 

Gdy się całe życie żyło po kloszem, to nie ma się zrozumienia dla wiatru, mrozu i zrządzeń losu. 

Nie lubię osobowości narcystycznych, nie lubię teorii spiskowych, nie znoszę przekonania o własnej nieomylności. Ale lubię ludzi. I staram się ich zrozumieć. I coraz częściej im współczuję, że zostali ukształtowani tak, a nie inaczej. Współczuję im ich ułomności, dzięki którym budują mury wewnętrzne, które sprawiają, że są szczęśliwsi. Skoro to działa, może to dobrze. Tylko, że to rani innych jednocześnie. A to już jest złe. 

Na Sądzie Bożym się wszystko wyrówna. Teraz trzeba po prostu wytrzymać.


wtorek, 1 stycznia 2013

Set Fire To The Rain




http://www.youtube.com/watch?v=Ri7-vnrJD3k&list=AL94UKMTqg-9C9nTa1N-0ScMZTtqtIJv17
Adele - Set Fire To The Rain

Pozwoliłam swojemu sercu upaść,
A kiedy upadało zapragnąłeś zdobyć wyłączne prawa do niego.
Spowita mrokiem, myślałam, że moje życie dobiegło końca,
Póki nie ocaliłeś mnie czułym pocałunkiem.
Moje dłonie zawsze były silne,
Jednak moje kolana nie zdołały utrzymać mnie w Twoich ramionach
Na tyle długo, bym nie padła do Twoich stóp.

Istnieje jednak taka strona Ciebie, o której nigdy nie miałam pojęcia.
Wszystkie słowa, jakie padły z Twoich ust nigdy nie były prawdziwe,
A gierki, jakie ze mną prowadziłeś zawsze zapewniały Ci zwycięstwo.

Mimo tego podpaliłam deszcz.
Patrzyłam na jego płonące strumienie, kiedy dotykałam Twojej twarzy
I wylewałam łzy, słysząc jak płomienie wykrzykują Twoje imię.

Leżąc u Twojego boku wiem, że chciałabym zatrzymać tę chwilę.
Zamykam oczy na zawsze zachowując w sercu Twą obecność,
Bo wiem, że od Ciebie i mnie razem nie ma nic lepszego.

Istnieje jednak taka strona Ciebie, o której nigdy nie miałam pojęcia.
Wszystkie słowa, jakie padły z Twoich ust nigdy nie były prawdziwe,
A gierki, jakie ze mną prowadziłeś zapewniły Ci zwycięstwo.

Mimo tego podpaliłam deszcz.
Patrzyłam na jego płonące strumienie, kiedy dotykałam Twojej twarzy
I wylewałam łzy, słysząc jak płomienie wykrzykują Twoje imię.

Podpaliłam deszcz i wtrąciłam nas w jego płomienie.
Czułam, jak między nami coś umiera
I wiedziałam, że to ostatni raz, kiedy mogę być obok Ciebie.

Czasami zdarza mi się pędzić do drzwi,
Wyobrażając sobie, że wołasz mnie za nimi,
Chyba wciąż na ciebie czekam.
I choć wiem, że między nami wszystko skończone,
Nie mogę powstrzymać się od szukania skrawków Ciebie w moim życiu.

Więc podpaliłam deszcz.
Patrzyłam na jego płonące strumienie, kiedy dotykałam Twojej twarzy
I wylewałam łzy, słysząc jak płomienie wykrzykują Twoje imię.

Podpaliłam deszcz i wtrąciłam nas w jego płomienie.
Czułam, jak między nami coś umiera
I wiedziałam, że to ostatni raz, kiedy mogę być obok Ciebie.

Zatem niech płonie! Niech płonie...

niedziela, 12 lutego 2012

Kiepściuchno...

Bolą mnie oczy. Długotrwałe siedzenie przed kompem nie jest najlepszym rozwiązaniem dla mojego już i tak słabego wzroku. Dawno już nie bolała mnie głowa. Żebym jeszcze była po imprezie, to taki kac byłby satysfakcjonujący w pewnym sensie. A tak, to mam kaca po nie imprezowaniu i po położeniu się o właściwej porze spać. Starość jak nic puka do moich drzwi. Cudownie!

Zrobiłam sobie pyszny obiad – sesja sprzyja gotowaniu normalnych obiadów :) Ale żołądek nie przywykł do takich, więc troszkę się buntuje i stąd uczucie przepełnienia. Poszłabym na spacer, ale taki ziąb odstrasza mnie skutecznie.

Jaka ja jestem koszmarnie leniwa od kilku dni! Powinnam się wziąć za siebie...

piątek, 10 lutego 2012

Odczarowanie


Za zamkniętymi drzwiami jesteśmy inni, mamy marzenia o Alasce, mamy wielkie plany i domki z ogródkiem. Zamykamy je szczelnie w drewnianych pudełkach i puszkach po piernikach. Na korytarzach, w sklepach i w teatrach nasze marzenia znacznie lepiej dopasowują się do standardów samochodu, pracy i rodziny albo "jestem-singlem-i-dobrze-mi-z-tym". Po co komu marzenia na koniec studiów? te prawdziwe, te z pudełka. Wstyd, który ciąży aż po końcówki naszych rzęs.

Na marzenia jesteśmy za starzy, my dwudziestoczteroletni prawie magistrowie z syndromem piątego roku. Dzień dobry, smacznego, dziękuję, następny proszę, z ketchupem czy bez?

A jednak chcesz marzyć, chcesz budzić się co rano z twarzą w poduszce, która cię obejmuje pluszowymi dłońmi. I chcesz nadawać jej imiona, z cichą nadzieją, że kiedyś te ramię będzie ciepłe samo z siebie. Tak pięknie wyglądasz nad ranem kochanie... Odkręcasz kaloryfer, podnosisz rolety i ścielisz puste łóżko. Do zobaczenia w kolejnym śnie kochanie. Czas być rodzicem, spowiednikiem, pedagogiem bez wykształcenia i terapeutą bez licencji dla grona Twoich najbliższych przyjaciół. Cały świat stoi przed tobą otworem, ale nie tym, którym byś chciał.

Bierz bagaż doświadczeń, kufer odpowiedzialności, walizkę doświadczenia, plecak ze współczuciem, torbę z rozsądkiem i ten notes, w którym zapisujesz kolejne historie swoich bliskich – bez niego nie połapiesz się, o jaką pomoc mogą cię poprosić tym razem. I nie zapomnij o tym wielkim szczerym uśmiechu nr 5, dzięki któremu nikt nie pyta zbyt często, co się stało u ciebie.


Ale pamiętaj o marzeniach! Pamiętaj, że zamiast ciebie ktoś też może marzyć. I dla takiej miłości bezinteresownej warto przestać marzyć w pudełkach i puszkach. Warto marzyć o swojej własnej wersji marzyciela/marzycielki przepełnionej bezinteresowną miłością. Gdzie rzęsy nie są przeciążone wstydem, a jedynie jak parasol unoszą się nad pełnymi ciekawości węgielkami, albo szafirami.

Merlin poszedł na emeryturę.

niedziela, 18 lipca 2010

18 lipiec 2010 popołudniem

Nogi są dłuższe w rajstopach. A mleko zdecydowanie lepiej smakuje z wafelkami kakaowymi. Niewydrukowana oczekuję na spotkanie. Bardziej czekam na to, do którego nie dojdzie, niż to, na które się wybrać muszę. Praca w niedzielę niedopracowana.
Obawy jutra, obawy potem i rozmarzające gołąbki.

18 lipiec 2010

Nie wierzę, że to robię...

Najgorsze są wieczory. W dzień zawsze można coś ze sobą zrobić. Pranie, zmywanie, wentylator na twarz i chillout przy filmie. Zawsze są ludzie. Gdzieś, gdziekolwiek, nie patrzą na ciebie, ale są. Czuje się ich obecność. Wieczorem jedynie zza okna słychać, jak życie toczy się kopulatywnie pod klubami. Muzyka, esencja, śmiech i gorycz za ścianą, kilka pięter wyżej przy oknie. 

Najgorsze są wieczory. Widzę to w filmach, w reklamach, w dłoniach ściskanych w parku przez nieznajomych. Te twarze, ich twarze odwracają się, ale nie mają kształtu takiego, jaki rysował się w mojej głowie. I w radosnych opowieściach znajomych. Oj, wielokrotnie pozauśmiechane lica się szczerzyło w "beztroskich" rozmowach, gawędach i wymianach uprzejmości. W tym samym czasie myśli płynęły gdzieś daleko, by na chwilę tylko jedną zapauzować i uprzejmie dać znak zaciekawienia dla rozmówcy życzliwym "Uhmm" z przytaknieniem głowy. Szczegóły potrafią budzić wyobraźnię prawda? Huśtasz się na huśtawce i wyobrażasz sobie, że obok nie siedzi dobra znajoma z wymalowaną dziecinnością na twarzy i grymasem bólu z powodu rozstroju żołądkowego po przeciążeniach połączonych z poalkoholowym stanem, lecz myślisz, że kiedyś przyjdziesz tu z kimś innym i na murku obok będzie miejsce. Wytarta cegła nie zabrudzi spodni i wcale nie będą dokuczały upały. Komary? Nie, nie, te szczegóły będą zbędne, ten świat nie jest taki idealny, są ważniejsze sprawy do zaplanowania. Wtedy zbierzesz się na odwagę na tysiąc możliwych sposobów. I uderzysz się palcem w kamień i wiesz, że wcale nie dojdzie do tego spotkania. Tak, ciesz się ciepłym wieczorem i idź na fontannę póki ktoś chce z tobą tam iść. Bo tego drugiego spotkania nie będzie.

Najgorsze są wieczory. Gapisz się w monitor i czytasz po literce kontakty na gg. W akcie desperacjii decydujesz się na głupi komentarz pod zdjęciem, który potem okaże si i tak wyrwany z kontekstu. Każdy w końcu dba o własny interes. W jednym przebłysku nadziei decydujesz się na interakcję, lecz w zasadzie nie masz nic konkretnego do zaoferowania. I z głupoty to jeszcze przyznajesz, aż żałośnie proponują ci rozmowę z pierwszym lepszym bliżej ulokowanym znajomym. "A tej znowu źle, niech kto inny ją pociesza, byle się odwaliła" - myślisz. Myślisz?

Najgorsze są wieczory. Kiedyś pragnęło się takich wieczorów. Rutyna okazuje się jednak bardziej atrakcyjna. Ale nie taka. Te wieczory nie mają nic do zaoferowania. Bordowy koc nie zastąpi.

Po co ja to robię?!

Najgorsze są wieczory.